Wielka zagadka rozwiązana

Cześć!

Odkąd sięgam pamięcią, uaktywniał się w okolicach wszelkiego rodzaju świąt i uroczystości rodzinnych. Objawy dawał rozmaite i dość ogólne, przez co ciężko było go zdiagnozować. Im ważniejsza okoliczność, tym symptomy były silniejsze i bardziej dokuczliwe. Zazwyczaj były to lekkie zawroty głowy, ciemne mroczki przed oczami, tu i ówdzie pojawiał się ból mięśni, jak po jednorazowej wizycie na siłowni, a do tego ciągłe, przewlekłe rozdrażnienie, zmieniające zwykłego człowieka w istną burzę gradową. Dlatego przez lata podejrzewałam się o jakiś defekt mózgu, albo chociaż brak istotnej klepki. Jednak okazało się, że jest nie tylko bardzo zaraźliwy, ale, co najciekawsze, przybiera na sile, jeśli w jednym pomieszczeniu znajdzie się kilku nosicieli. Ogólnie nie wymaga leczenia, zazwyczaj ustępuje samoistnie wraz z końcem okresu świątecznego.

"Cóż to za dziwna choroba?" zapytają niektórzy. "Mam podobne objawy" powiedzą inny. "Jakbym widziała siebie" pomyśli nie jedna z nas. Mnie się w końcu udało rozwiązać zagadkę oraz odpowiedzieć na to nurtujące pytanie. Wiem już, co mi dolegało przez lata, nie pozwalając odpowiednio się zrelaksować. Dlatego w tym roku nieco odpuszczam i nie daję się porwać w wir "świątecznego pierdolca" :).


Makaron z cukinią i awokado

Cześć!

W życiu każdej z nas, bywają takie dni, że nie wiadomo w co ręce włożyć. Czas ucieka nieubłaganie i nie wiem jak mocno być się starała, doba dalej trwa dwadzieścia cztery godziny. Gdzieś pomiędzy poranną, wiecznie zimną kawą, kolejnym praniem, a spacerem, trzeba jeszcze zrobić tyle rzeczy. Gdyby klonowanie ludzi było możliwe, chętnie byś się zgłosiła na ochotnika. Razy dwa poproszę! Niestety, tak łatwo nie będzie. Z ząbkującym niemowlakiem na rękach, który skutecznie skupia na sobie uwagę, próbujesz produktywnie wykorzystać każdą chwilę. Zabierasz się za obiad, otwierasz lodówkę, a tu światło :)

Zrób to sam czyli urodzinowe dekorejszyn

Cześć!

Roczek naszej pierworodnej córy zbliża się wielkimi krokami. Co prawda, przesunęliśmy imprezę o tydzień, bo wypada dokładnie w Wielką Sobotę, co trochę mija się z planem hucznego świętowania. Nie mniej jednak, czasu zostało niewiele. Nie byłabym sobą, gdybym z tej okazji nie spróbowała wykonać czegoś "tymi ręcami". Lubię sobie czasami tu wyciąć, tam przykleić, tu przyszyć, tam rozp... pruć :) Na tak wyjątkowe święto, jakim jest rocznica urodzin, a co za tym idzie, rocznica porodu, postanowiłam zaszaleć i przygotować multum ozdób i dekoracji. Oczywiście cześć rzeczy zamówiłam z neta np. balony i zaproszenia (które, swoją drogą, gdzieś się zawieruszyły i jeśli ich nie znajdę, będę zmuszona wykonać nowe osobiście). Dotarły też do nas balony na hel z Wish'a w kształcie 1 oraz wyrazu love.

Coś na ząb - czyli kotleciki z kaszy

Cześć!

Jak widzicie troszkę się u nas pozmieniało. Postanowiłam nieco rozszerzyć zakres bloga, bo nie samym remontem człowiek żyje. Stąd też nowa nazwa. Chciałam dzielić się z Wami także innymi aspektami naszej codzienności. Mam nadzieję, że ta zmiana nie wprowadzi niepotrzebnego zamieszania.

Nie będę ściemniać :) Chciałam też wpleść w tego bloga moją kolejna pasję, jaką jest gotowanie. Chyba nic tak mi nie sprawia przyjemności jak całodniowe stanie przy przysłowiowych garach. Najlepiej jakby w tym czasie nikogo nie było w domu, no ale nie można mieć wszystkiego. Jestem typowym samoukiem, nigdzie nie uczyłam się gotować, nie licząc kilku lekcji pieczenia odebranych od mojej Cioci Głównej - jak ją nazywamy, które i tak skończyły się fiaskiem, bo jak nie lubiłam piec, tak dalej nie lubię. No cóż, cukiernikiem nigdy nie będę :) Wracając do tematu. Gotuję odkąd pamiętam. Już jako dziecko rwałam się do przygotowywania posiłków. Pierwszy, całkowicie samodzielnie wykonany obiad, podałam na stół mając zaledwie dziewięć może dziesięć lat. Może kiedyś nie wyglądało to na żadne wielkie osiągnięcie, ale w dzisiejszych czasach... :) Od tamtej pory poszukuję, eksperymentuję i wymyślam różne dziwne rzeczy. Zdarzają się perełki, które na stałe weszły w nasze menu, ale były i niewypały, których nie dało się przełknąć i nawet Radek wymiękał :) Człowiek uczy się na błędach, więc kilka też musi popełnić.

Jaja jak berety

Cześć!

Przyznaję, że Wielkanoc nie jest moim ulubionym świętem. Jako dziecko, bardziej się cieszyłam na nadejście zająca, bo to oznaczało górę słodyczy :) A które dziecko nie lubi słodkości? Pamiętam to skupienie, kiedy układało się kompozycję koszyczka oraz zapach święconki, który unosił się w Kościele. Mieszanina zapachu jajek z kiełbasą i chrzanem. Ile trzeba było mieć silnej woli, żeby się powstrzymać i nic nie skubnąć z koszyczka! Pamiętam też zabawy, które umilały czas po Wielkanocnym śniadaniu. Nie wiem czy znacie bitwy na jajka? Każdy wybiera po jednym, ugotowanym na twardo. Zawodnicy zderzają ze sobą jajka, a wygrywa ten, którego jajo jest najmniej pokiereszowane. Tak, jako dzieciak lubiłam Wielkanoc, ale to były czasy, kiedy można było się oblewać wiadrami wody i nikt nie robił z tego szumu. Nikt się nie przejmował, wyglądem zmokłej kury. Latało się tak cały dzień. Ba! Od rana się to wszystko zaczynało, bo pierwszy atak serwowali rodzice. Takich pobudek się nie zapomina :) Sadyści :)