grzeszki nieidealnej pani domu

CZYLI SPOWIEDŹ MATKI PRACUJĄCEJ

Znacie to uczucie, kiedy nie wiecie w co włożyć ręce, a doba wcale nie chce się rozciągnąć? Mam nadzieję, że nie jestem w tym odczuciu sama.



Odkąd wróciłam do zawodowego życia na pełny etat, mam wrażenie, że im więcej obowiązków mam w pracy, tym gorzej radzę sobie z codziennością. Może dopada mnie już jakieś zmęczenie albo wypalenie, bo czasami to mam ochotę, już nawet nie "jakoś przeżyć ten tydzień", a bardziej w stylu, "chcę przespać ten tydzień". Domowe obowiązki staram się nadrabiać w weekendy, lecz nie zawsze się udaje. A to wypadnie jakiś wyjazd, a to odwiedziny kogoś bliskiego, lub po prostu jest fajna pogoda i zamiast między ścierami i kolejnym praniem, wolę spędzić ten czas z Helką. Góra prania rośnie w zastraszającym tempie, wprost proporcjonalnie do listy zakupów na lodówce, do której tylko dopisuję kolejne pozycje. Nie wiem, może czekam, aż przestanie się mieścić i z braku miejsca na zapiski pojadę w końcu na zakupy?

Dobrze, że mam swoją przyjaciółkę zmywarkę zawsze blisko siebie, bo przynajmniej talerze czyste. W tym całym harmidrze zdarza mi się więc częściej przymykać oko na pewne rzeczy, lub całkiem je zamknąć :) W ten sposób powstała lista grzechów, które ostatnio, choć całkiem nieumyślnie, ale popełniam.

Odkurzanie, a właściwie jego brak

Gdy naprawdę mi się nie chce wykonywać czynności następujących po sobie, zwyczajnie robię tą ostatnią. Tak jest w przypadku odkurzania. Zdarza się, że zamiast chwycić odkurzacz w dłoń i tanecznym krokiem sunąc po mieszkaniu, a potem zmyć elegancko podłogę, tylko ją myję. Mam dużego i płaskiego mopa, który dociera wszędzie i przy niewielkim nieporządku świetnie daje sobie radę z utrzymaniem podłogi w jako takiej czystości. Mam dwa w jednym, bo i zmiotę i umyje. A narobię się tylko raz. 

Pranie, pranie, po trzykroć pranie

No niestety, zdarza się najlepszym, a kto jest bez winy niech pierwszy rzuci praniem. Tak, przyznaję się. Zdarza mi się nastawić drugi raz to samo pranie. Zazwyczaj nastawiam pralkę na noc, tak by rano było gotowe. Jednak gdy rankiem biegam po domu w totalnym chaosie i niedoczasie, bywa, że o nim zapominam. Stan zapomnienia trwa do następnego wieczora. Okazuje się wtedy, że do świeżości to ubrankom jednak trochę brakuje, więc popełniam grzech ciężki i nastawiam pralkę ponownie. Tym razem jednak na program ultra krótki, tak by świadomość, że nastawiłam pranie nie zdążyła umknąć przez te 30 minut mielenia bębna. 

Jak już jesteśmy przy praniu ...

Znacie to uczucie kiedy wyciągacie z pralki pranie, idziecie w miejsce gdzie powinna znajdować się pusta suszarka, a zamiast niej Waszym oczom ukazuje się konstrukcja z wysuszonych na wiór elementów, które jeszcze kilka dni temu były Waszym ubraniami? Nie? Ja znam je doskonale. Składanie i chowanie prania - bo pragnę zauważyć, że to dwie osobne i niezależne od siebie czynności - są moją pięta Achillesową odkąd pamiętam. Mogę segregować, prać, przepierać i rozwieszać, ale składać nienawidzę. Serio. Nawet teraz jak sobie o tym pomyślę to przechodzi mnie lekki dreszcz. Tym sposobem suszarka przechodzi transformacje i staje się mobilna szafą. Takiej przemiany nie powstydziliby się producenci Transformersow. 

Gotowanie, co jest odmrażaniem 

W przypływie szczególnej weny i werwy zdarza mi się gotować bardzo dużo na zapas. Najczęściej oczywiście wena odwiedza mnie w weekendy, wtedy to na gazie pyrka rosół, lepią się pierogi lub gotują się inne pyszności. Nie raz i nie dwa taki zamrożony rosół uratował mi życie. Gdy nie mam ani pomysłu ani chęci, wystarczy, że rozmrożę złocisty bulion, coś tam porzucam, co akurat pod ręką i obiad gotowy. Mrożę też inne zupy, ale raczej te bez ziemniaków, pierogi, bigos, gulasze, sosy do makaronów itp. Jednym zdaniem robię wszystko żeby robić mniej 😉

Prasuje co muszę

Prasowanie nigdy nie należało do moich ulubionych czynności. Gdy Helena była malutka i jej ubranka wymagały specjalnego traktowania, w wielkich męczarniach stałam przy desce i skrapiałam pranie łzami, które napływały z każdym spojrzeniem na ilość rzeczy do uprasowania. Jak się jednak okazało, krzywda mi się wielka nie stała, a i prasowanie jakoś weszło mi w krew. Zazwyczaj po żelazko sięgam w niedzielę, żeby przygotować sobie ciuchy na cały tydzień. Jednak gdy lenistwo bierze górę, a żelazko przegrywa z pilotem w tej nierównej walce, bywa, że prasuję dopiero to co mam zamiar założyć tego samego dnia. Nie powiem, że jest to dobre rozwiązanie, bo przysparza wiele stresu, gdy rano biegam w poszukiwaniu ubrań, a za chwilę w poszukiwaniu żelazka, no ale każdy ma swoje wady :)

Nieprzemyślane zakupy

Gdy "siedziałam" w domu na tak zwanym urlopie macierzyńskim miałam większą kontrolę zarówno nad planowaniem posiłków, a co za tym idzie nad planowaniem zakupów. Choć staram się robić zakupy z listą, często gdy wpadam do sklepu prosto z pracy, zdarza się, że kupię to co już w domu mam, albo coś czego zakupione ilości nie są do przerobienia zanim upłynie ich data ważności. Dzieje się tak np z jogurtami czy serkami wiejskimi. Przez takie zakupy pod wpływem impulsu i najczęściej pustego żołądka, ja tyje a mój portfel wyrabia sobie sylwetkę slim fit 🤣

To tylko kilka moich grzechów głównych. Ale kto jest bez winy niech pierwszy rzuci praniem, garnkiem, mopem czy czymkolwiek co tam znajdzie pod ręką. No ja właśnie mam w niej kieliszek wina i pilota, więc ten tego, czasem warto zgrzeszyć 😉 A Wy do czego się przyznacie? 



Miłego wieczoru !

J.






Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza