Budowa domu cz.2

 CZYLI RUSZAMY Z TYM BAJZLEM

Jak już wiecie z poprzedniego wpisu (link), po wielu miesiącach męki, milionach wyrwanych z głowy włosów - prawie już zresztą siwych i litrach wylanych z bezsilności łez, w końcu dostaliśmy kredyt. Hura, dołączyliśmy do wszystkich tych, którzy na własne życzenie skazali się na 30 lat niewoli :) No dobra, 25 lat, bo na 30 już się nie łapię ze względu na podeszły, (według banku) wiek :) 


Wracając do tematu. Tak, bez kredytu by się nie dało. Samo przejście przez gąszcz wymagań i procedur zasługuje na osobny wpis, dlatego akurat nad tym tematem nie będę się rozdrabniać. 

Mamy więc jakoś druga połowę maja i z niecierpliwością oczekujemy przelewu z pierwszą transzą. Niestety i w tym wypadku los, ani bankowa biurokracja nie są dla nas łaskawi i wszystko przeciąga się mocno w czasie, ze ekipa od fundamentów przyjeżdża do nas 21 czerwca. Lepiej późno niż wcale. W tym momencie jeszcze tego nie wiem, ale to stwierdzenie stanie się jakby mottem przewodnim tej budowy :) 

Ekipa od fundamentów uwija się jak najbardziej pracowite mróweczki na świecie. Jednego dnia zebrali hummus, drugiego wykopali obrys, trzeciego uzbroili i zalali, potem szalunki i gotowe. Przynajmniej na razie. Ten etap prac zajął im ze trzy dni. Najdłużej trwało czekanie. Zanim panowie mogli fundament skończyć, wszystko musiało dobrze wyschnąć. Teraz już nie pamiętam ile to trwało, ale pewnie około tygodnia. Po tym czasie przyjechali znowu, zasypali środek piaskiem i wylali kolejna warstwę betonu. Voila ! Fundament skończony. Czekaliśmy cierpliwie aż wszystko ładnie wyschnie. Mimo, że ekipa zastosowała beton już ze środkiem izolacyjnym, dodatkowo zdecydowaliśmy się na zabezpieczenie fundamentu dysperbitem. Strzeżonego, Pan Bóg strzeże, jak mawiają :) 

Wtedy wydawało mi się, że nasz dom będzie rzeczywiście bardzo mały. Widziałam, że 86 m2 to nie jakaś zawrotna powierzchnia ale, wystarczył krok bym z kuchni znalazła się w wiatrołapie i kolejny by trafić do łazienki. Przeszła mi przez głowę nawet myśl w jaki sposób się tam pomieścimy. Na szczęście, gdy przyjechała do nas ekipa od konstrukcji, dom zaczął nabierać realnych kształtów. Po powstaniu ścian zewnętrznych, już nie wydawał się taki mały. Łatwiej mi tez było wszystko sobie zwizualizować i uruchomić wyobraźnię. W tym miejscu muszę powiedzieć słowo o naszych wykonawcach. 

O firmie usłyszałam od znajomych. Opowiadali o własnej budowie szkieletowego domu już kilka lat wcześniej. Gdy w końcu zdecydowaliśmy się na właściwą technologie budowy, zaczęliśmy rozglądać się za wykonawcą. Odezwałam się do polecanej przez koleżankę firmy. Kontakt bardzo dobry, umowa przejrzysta i projekt odpowiadający naszym potrzebom. Naprawdę, co ekipa to lepsza. Panowie od konstrukcji narzucili sobie takie tempo, ze sąsiedzi żartowali, że wprowadzimy się za tydzień. Firma ma swoją siedzibę w południowej części Polski, a po zapale do pracy od razu widać, że górale. 

Najbardziej zdziwiło mnie jednak to, że panowie wszystkie elementy docinali na miejscu. Plac budowy na tydzień zamienił się w wielki tartak. Widać było, że mają ogromne doświadczenie. Kolejne deski układali niczym puzzle. Doskonale wiedzieli gdzie jest miejsce każdego elementu. Wyglądało to niesamowicie. W tydzień powstała cała konstrukcja wraz ze szkieletem dachu i otworami na okna i drzwi. Następni w kolejce byli panowie od dachu. Ci również uwijali się jak mrówki. Cały dach obłożyli dachówką - uwaga - w jeden dzień. Nie wiem gdzie są Ci wszyscy fachowcy, co to o nich krążą w sieci legendy, że wiecznie mają opóźnienia. Wiem natomiast gdzie ich nie ma - w firmie, która budowała nam dom :) 

Kolejna ekipa zaskoczyła nas na urlopie. Oczywiście zgłaszałam, że w danym tygodniu nas nie będzie, więc jeśli firma będzie planowała jakieś pracę, to prosimy wszystkie terminu, oprócz tego jednego jedynego tygodnia. I jak myślicie, kiedy przyjechali? Właśnie pod naszą nieobecność :) Pan mi elegancko schował klucze w tajemnym miejscu, którego zdjęcie mi wysłał smsem. 

Sami widzicie, że nawet opis budowy do stanu surowego zamkniętego nie zajął wiele miejsca, bo tylko dwa akapity :) Tak już całkiem serio. Po każdej z naszych ekip widać było, że na swojej robocie się znają. W ciągu ostatnich kilku lat firma przeżyła boom, bo z 50 domów rocznie, jeszcze z 10 lat temu, teraz robią z 350. Do tego na rynku istnieją juz od ponad 25 lat, więc już sam ten fakt wzbudził moje zaufanie. 

Przy okazji zaznaczam, że nie jest to żadna reklama, zresztą nawet nie wspomniałam nazwy :) 
Jestem po prostu, po ludzku bardzo zadowolona. Bardzo się bałam tych wszystkich "technicznych" decyzji". Przecież to ma być nasz dom,  w którym będziemy mieszkać przez długie, długie lata. Wiadomo z jakim się to wiąże stresem. Współpraca z takimi ludźmi, jacy stanęli na naszej drodze, to czysta przyjemność. 

Teraz przed nami wiele innych decyzji, problemów i stresów, ale o tym już w kolejnych częściach. Tymczasem, miłego dnia! 

J. 






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz