Czy wspomnienie porodu wyblakło? cz. 1

Swego czasu uwielbiałam oglądać serial "Gotowe na wszystko". Prześmieszne perypetie bohaterek bawiły mnie niesamowicie. W pamięci utkwił mi szczególnie jeden tekst. jedna z głównych postaci - Gabrielle Solis miała za zadanie uczyć swoją  może dziewięcioletnią córkę w domu. Nie była zachwycona tym pomysłem i w ostrej dyskusji z mężem zapowiedziała, że ta jeszcze nie spłaciła długu za długi i bolesny poród.

Wtedy, jako młoda i wolna dziewczyna, dla której wizja macierzyństwa była bardzo daleka, nie zastanawiałam się zanadto nad tymi słowami. Dlatego zajmę się nimi teraz. Czas nie jest przypadkowy, bo niedawno Helenka miała urodziny,  a co za tym idzie od porodu minęły dwa lata :) 
Jesteście ciekawi, czy po takim czasie wspomnienie porodu blaknie?


Bycie w ciąży było dla mnie bardzo przyjemnym doświadczeniem. Nie dokuczały mi żadne typowe, ciążowe dolegliwości. Nie wiedziałam co to poranne mdłości, nudności czy zawroty głowy. Według mnie nie miałam także żadnych humorów spowodowanych szalejącymi hormonami, jednak gdy wypowiadam to głośno, mój R. przyjmuje dziwaczną minę i prycha wymownie :) Serio, chodzenie z brzuszkiem bardzo mi się podobało. Pod koniec swoje już ważył, to lekko nie było, ale ogólnie przez te całe 41 (!) tygodni ciąża nie dała mi się specjalnie we znaki. Pozostawała jedynie kwestia porodu...

Do nowego rozdziały mojego życia, który miał się rozpocząć niebawem, chciałam się jak najlepiej przygotować. Oczywistym było skierowanie swych opuchniętych stóp w stronę przyszpitalnej szkoły rodzenia. Zajęcia były bardzo przydatne, o czym opowiadałam już Wam kiedyś tutaj. Wizja porodu początkowo wcale nie była przerażająca. Pani położna drobiazgowo wytłumaczyła jak to wszystko powinno wyglądać oraz po co przy tym ból. Rozumiejąc jego zasadność, jakoś łatwiej mi było się przygotować.


POBYT W SZPITALU

W szpitalu, w którym rodziłam niestety był ograniczony dostęp do znieczulenia, ze względu na godziny dyżurowania anestezjologa. Jeśli poród miałby miejsce po 14-tej nie było szans na znieczulenie. Lepiej było się psychicznie nastawić na poród bez wspomagaczy. Człowiek przynajmniej się nie rozczaruje :) Mentalnie byłam więc gotowa.

Tydzień po terminie nadal nic się nie działo, a siedzenie w szpitalu dało mi nieźle w kość. W pewnym momencie miałam wrażenie, że cała pewność siebie i sumienne przygotowanie przeminęło bezpowrotnie. Wizja kolejnego weekendu w sali przedporodowej szczerze mnie przerażała. A taki właśnie miał być scenariusz, bo lekarz nie chciał podjąć żadnych kroków aż do poniedziałku. Na szczęście po południu położne zlitowały się nad chodzącym wielorybem i podały mi kroplówkę z oksytocyny. Nie kazały robić sobie wielkich nadziei, bo podobno pierwsza rzadko kiedy działa.

Okazało się, że jestem wyjątkowo podatna na wszelkiego rodzaju leki, a nawet na placebo, więc moja macica, co prawda po kilku godzinach, ale w końcu zareagowała na specjał z kroplówki. Gdy po badaniu położna stwierdziła, że będzie z tego dziecko, mimo ogromnego szczęścia poczułam również przechodzący po plecach dreszcz strachu.


I FAZA

Na szkole rodzenia położna opowiadała nam w jaki sposób rozpoznać, że rozwarcie osiągnęło już poziom 7-8 centymetrów. Podobno w tym czasie przychodzi kryzys i kobieta najchętniej zabrałaby swoje manatki, podziękowała za pobyt i wróciła do domu :) Przy pięciu centymetrach zrobiono mi lewatywę. Oszczędzę Wam szczegółów. W każdym razie w łazience zeszło mi ze dwadzieścia minut. W tym czasie jeszcze się wykąpałam i przebrałam w koszulę. W pewnym momencie ból stał się bardzo silny. Bałam się co będzie dalej skoro przy pięciu centymetrach tak boli, to co to będzie przy dziesięciu. Byłam pewna, że nie dam rady. Choć akurat tego nie pamiętam, to mój R. twierdził, że mówiłam, że jednak poczekam do poniedziałku, a tak w ogóle to chcę cesarkę. Gdy wróciłam na salę i jakimś cudem wdrapałam się na fotel, okazało się, że mam już dziewięć centymetrów rozwarcia. Wygląda na to, że kryzys zastał mnie w toalecie :) :) :)

Najgorzej było w momencie gdy musiałam leżeć na łóżku. Oprócz bólów wiadomego pochodzenia, strasznie dokuczały mi plecy. Położne ze mnie żartowały, że jeszcze nie widziały ciężarnej, która by tak szybko zeskakiwała z fotela. A ja chciałam się jak najszybciej znaleźć na piłce. Bujanie się i skakanie naprawdę bardzo pomagało. Nie bez znaczenia był też gaz rozweselający, choć wcale do śmiechu mi nie było :) W pewnej chwili wyglądaliśmy jak świetnie działająca taśma produkcyjna. Gdy przychodził skurcz, R. podbiegał z gazem, ja się sztachałam, a on mi masował plecy. I tak w kółko, aż do dziesięciu centymetrów.

Ciąg dalszy nastąpi :)

Miłego dnia!

J.



7 komentarzy:

  1. Drugie dziecko rodziłam we wrześniu ubiegłego roku. Wszystko pamiętam: uczucie odchodzenia wód, skurcze, poród,nacięcie i zszywanie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Przy drugim poziomie dali mi gaz. Zaciągnęłam się raz i stwierdziłam, że to bez sensu więc go odrzuciłam

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie znam niestety smaku naturalnego porodu - a cesarka to już nie to samo.

    OdpowiedzUsuń
  4. Pamiętam swój poród do dziś, ale wspominam go miło. Nie było to dla mnie jakieś drastyczne wspomnienie. Ból był ogromny, ale wszystko działo się tak szybko :-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja całkiem dobrze wspominam swój poród - wszystkim znajomym mówię, że życzę im takiego porodu jak mój ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Czytam j przypominam sobie mój poród .... ani znieczulenia, ani piłki, ani pomocy od położnej ... dobrze, ze mąż był przy mnie - inaczej bym ich zagryzła tam wszystkich

    OdpowiedzUsuń
  7. Pamiętam dość dobrze moje 3 porody �� ważne wydarzenie i ma duzt wpływ na relację do dziecka - tak z mojej perspektywy

    OdpowiedzUsuń